Leonard Cohen - Potwór Miłości
o stronie
Internetowy ponury magazynier - blog Macieja Zembatego
Jak pijawka
w zgięcie łokcia albo w szyjkę
Cały w drgawkach
ach, połknąć choćby jedną krwinkę
Mała dawka
a kiedy rzecz dobiegnie końca
ma ofiara będzie ...
"może bledsza, trochę śpiąca
trochę bardziej milcząca"


Maciej Zembaty urodził się pod znakami Byka i Małpy. Tak jak wszyscy pochodzi z Wadowic. Mieszkał m.in. w Katowicach (Stalinogrodzie), Krakowie, Trójmieście, Hamburgu, Katmandu, Berkley, Pekinie i Islamabadzie. Karany za politykę. Wykształcenie średnie plastyczne i nieukończone muzyczne: fortepian. Ukończył również studia polonistyczne w Uniewrsytwcie Warszawskim pisząc pracę magisterską o polskiej piosence więziennej. Posiada prawo jazdy i uprawnienia reżyserskie. Najbardziej lubi gotować, ale musi, żeby z czegoś żyć, zajmować się poezją, muzyką, filmem, estradą i dziennikarstwem. Tłumaczy z wielu języków, najlepiej wychodzą mu przekłady Cohena i rosyjskich piosenek ludowych, głównie bandyckich i obozowych. Zna się na fonografii i produkcji TV, próbował swych sił jako biznesmen, ale go to znudziło. Najbardziej znane dokonania Zembatego to: tekst do "Marsza żałobnego" Chopina i kabaret "Dreszczowisko", "Rodzina Poszepszyńskich" i "Magazayn ZGRYZ". Nagrał liczne płyty, z których album "Alleluja" z balladami Cohena sprzedał się w 400 000 egzemplarzach uzyskując w 1986 nagrodę Złotej Płyty. W rok po Sierpniu zorganizował na Wybrzeżu pierwszy Przegląd Piosenki Prawdziwej "Zakazane Piosenki", którego druga edycja miała miejsce dopiero po 20 latach. Politycznie w centrum, tuż obok Unii Wolności, ale nigdzie nie należy. Uczy się powoli chińskiego i arabskiego. Jest interesownym egocentrykiem o silnych skłonnościach społecznych.

BIBLIOTEKA BARDÓW - Maciej Zembaty; Wydawnictwo Książkowe Twój Styl Sp. z o.o. 2002


  Cohena zacząłem tłumaczyć w 1976. Zetknąłem się z nim wcześniej i wywarł na mnie ogromne wrażenie, ale jednocześnie wzbudził równie wielki respekt i nawet nie wyobrażałem sobie, że kiedykolwiek będę go tłumaczyć, a tym bardziej śpiewać. W roku 1977 w jednym z naszych tygodników ukazały się przekłady niektórych ballad. Pomyślałem sobie, że ja chyba zrobiłbym to inaczej i zrobiłem. Tłumaczenia dawały się śpiewać, więc wziąłem do ręki gitarę. Śpiewali je też inni. Nucono je w akademikach i na turystycznych rajdach. Teksty krążyły w odpisach i coraz częściej wydawano je w różnych środowiskach, półprywatnie i zazwyczaj nie pytając mnie o zgodę. W 1984 (przyp. 1985) Cohen przyjechał do Polski i wtedy okazało się, że tu u nas jest o wiele bardziej popularny niż w ojczystej Kanadzie czy jakimkolwiek innym kraju na Ziemi.
  Ten przyjazd wiele zmienił. Udało mi się nagrać płyty z Cohenem po polsku, a różne poważne wydawnictwa wyraziły chęć wydania moich i nie tylko moich przekładów. Zrobiła się moda. Niektórzy mówią, że to źle - ja uważam, że dobrze, jest bowiem pewna różnica pomiędzy modą na wywatowane ramiona a modą na Leonarda Cohena. Jest widać w tej poezji coś takiego, czego potrzebują Polacy drugiej połowy lat osiemdziesiątych. Przede wszystkim Polacy młodzi, bo oni właśnie stanowią większość jej zwolenników.
  Są młodzi, ale pomimo to zmęczeni. Jak długo można się spierać i kłócić? Jak długo można zajmować się polityką? Jak długo można łudzić się marzeniami o przyszłości w sytuacji, gdy żyjemy tu i teraz. Jak długo wreszcie można o tym czytać? Chcą czytać o czymś innym. W takich właśnie czasach rodzi się dojmująca potrzeba poezji uniwersalnej, podejmującej pytania, a nie udzielającej łatwych odpowiedzi. Więc sięgają po Cohena.
  Jest poetą uniwersalnym. I musiał nim zostać. Przyszedł na świat w Montrealu. Mieszkańcy tego miasta mówią przeważnie po angielsku lub po francusku, ale w domu Cohenów mówił się poza tym jeszcze w jidisz, po rosyjsku i po polsku. Młody Cohen chodził na nabożeństwa do synagogi, lecz po drodze mijał cerkiew i kościół katolicki. Każdego dnia chłonął różne słowa, różne zapachy i różne melodie. Są do dzisiaj obecne w jego poezji i muzyce.
  Śpiewa o miłości i nienawiści. Jego bohater samotnie szamocze się między skrajnościami. Cohenowski everyman nie jest jednak postacią żałosną. Wie doskonale, że tylko w samotności możemy rozwijać naszą świadomość. Alienacja ma więc aspekt nie tylko tragiczny, ale i heroiczny. Trzeba niemałej odwagi, by zaakceptować bez zastrzeżeń naszą kondycję i świat, w którym żyjemy - taki jaki jest, a nie taki jakim chcielibyśmy go widzieć.
  Jest poetą mistycznym - choć pewnie żachnąłby się, gdyby przeczytał te słowa. A jednak jego wiersze i ballady przepojone są aurą duchowości. Można znaleźć w nich liczne odniesienia do judaizmu i tradycji chrześcijańskiej, wytropić ślady buddyzmu Zen i innych systemów wschodnich. Cohen zdaje sobie doskonale sprawę z faktu, że na szczyt góry poznania prowadzi wiele ścieżek. Można iść jedną. Można zmieniać szlaki. Mamy prawo korzystać z każdej tradycji, bo wszystkie są własnością ludzkości.
  Śpiewa o wolności. Jest po stronie tych, którzy twierdzą, że człowiek może być wolny. Nasza samotność jest naszą wolnością. Nasza śmiertelność jest jedyną i bezdyskusyjną jej gwarancją.
  Nie jest pesymistą. Stara się tylko nie ulegać złudzeniom i koncentrować się na teraźniejszości. Pisać prawdę.
  Czasy, w których żyjemy, skłaniają do introspekcji. Mamy naturalną tendencję do zagłębiania się w siebie, przeciwstawiamy się jej jednak, powodowani lękiem przed nieznanym. Boimy się, że okażemy się zupełnie inni, niż nam się wydaje. A jednak trzeba próbować. I krzepiąca jest myśl, że jest ktoś, kto już to zrobił przed nami. Ktoś, komu się udało. Leonard Cohen
Maciej Zembaty

Edward Stachura, Włodzimierz Wysocki, Leonard Cohen - Piosenki; Młodzieżowa Agencja Wydawnicza; Warszawa 1989