Jacka Kleyffa listy do Leonarda Cohena
Pierwszy list do Leonarda Cohena
Gdy muszę kpić, czy to nie znak że sił mi brak
I czy już zaczynam szukać, czy naprawdę nie dostrzegam
Ja, panie Cohen, od pewnego już czasu
szukam w sobie spokoju
Jak ty, świat cały, Kanadę, w trzydziestych,
ja trochę później Polskę zastałem.
Kraj taki sam,
geografii szerokość i wilgotność powietrza,
to wszystko mam, kocham tutaj i mieszkam.
Ale wielka Kanada to ocean jodłowy
Nawet kiedyś przywieźli o nim film do mej szkoły
A o widzianych nieszczęściach
czysto pisać jest ciężko,
zresztą ja nie mam źle; wiesz, ostatnio się staram tu być
supermanem duchowym;
wiesz, ostatnio tu robię za ironistę.
Czasem piszę, nawet Ci się pochwalę
swym dwuwierszem najnowszym:
"Darmo szkoły i szpitale
głodu nie ma przecież wcale".
Gdy tak patrzę na wszystko,
wszystko widzę, chcąc nie chcąc,
w przymusowym łańcuchu,
coraz dalsze - na dalszym obwodzie,
bliskie - blisko,
a najbliższe do czucia oddechu i pulsu
tylko siebie zobaczyć nie mogę
Tylko siebie, jak nie można zobaczyć
z tyłu, z lewej błotnika
w martwym kącie dwóch bocznych luster
co pomiędzy? - nikt nie wie.
Ze ślepego ogniwa trzeba będzie się kiedyś wyłuskać
jak z jajka, by wreszcie pofruwać, polatać
Stary Hindus napisał:
"Teraźniejszość to brama wyłączna do świata"
każdy ma jedną z bram
tyle bram, a tyle zabitych deskami
ślepych bram rośnie stan, jak pali się lont,
i lont nie wie, czy nie kończy się palić.
Ja, panie Cohen, jeśli tu się wytoczę ze swej drogi
na jeziora tak wielkie jak Twoje,
wtedy uwierz mi, Cohen, boczne lustra i oczy przestroję
na najlepszą dziś drogę, już wyłącznie i tylko
na wiatr, wodę, słońce i ogień.
Zrozumiałem też dziś, zrozumiałem,
jak jeszcze jesteśmy bezbronni,
no bo tu na tej ziemi już nie znajdzie się nikt,
kto by wszystko to mi udowodnił.
Drugi list do Leonarda Cohena
Ja panie Cohen, od pewnego już czasu
mieszkam bliżej spokoju
i czuję że pieśń ta jest machnięciem ostatnim
po przetkaniu starego cybucha
teraz w drodze od tak, popiół jeszcze gorący,
jak wystygnie o podeszwę wystukam,
a przestrzenie tych dróg nieraz ślą
no i można ich słuchać
To pytanie gdzie jestem, było takie niezręczne, przedwczesne
mimo że, teraz wiem,
coś musiało mi dowieść,
że najlepiej jest chyba nie myśleć
czasem czuję, że wiedzieć
znaczy tyle dokładnie co odejść
Ale słuchaj, właśnie wczoraj sam Rublow
artystycznie nachodził mój teren,
wplątany w manewry duszami
i zostawił tabletkę z krzyżykiem
i wehikuł zostawił
Tak więc kokon brunatny
już spada choć zawiera tak wiele
teraz świat można choćby tej nocy
tym świtem
Szelest skrzydeł o wiatr,
ćma jak wóz, rozwieszony w mrok skrzący aksamit,
że tak jest kto z nas wie, że po nocy przed dniem
spotykają się ćmy z motylami
Gdzieś na świecie znów ktoś,
znalazł wóz, puścił lejce i zamilkł
?????* znaczy czas, a nie jeden z nas tam
w boczne furtki świecił halogenami
?????* znaczy czas od przeczucia po fakt,
że się stoi przed swoimi ramami
Zrozumiałem też dziś, zrozumiałem że dziś
pośród nas każdy jak leci
drogi kamień ma gdzieś znaleziony od tak
co z natury swej gaśnie i świeci
* - powyższy tekst spisany jest ze słuchu i nie udało mi się zrozumieć co znajduje się w tym miejscu. Proszę o pomoc.
Mówiący o Jacku Kleyffie fragment książki Macieja Zembatego 'Mój Cohen'
Skontaktowałem się z Jackiem i po czterech dniach spotkaliśmy się w hotelu w Suwałkach. Była z nim bardzo miła, dość tęga dziewczyna. We troję przegadaliśmy do świtu całą noc nad szklanką kwasu, po czym wsiedliśmy do samochodu i pojechaliśmy na spacer.
Klika kilometrów za miastem znaleźliśmy miejsce, które nam się spodobało: otoczone wzgórzami jezioro o nieprawdopodobnie przejrzystej wodzie. Do wschodu słońca było jeszcze trochę czasu, więc wykąpaliśmy się w lodowatej wodzie. Po kąpieli, szczękając zębami, zaczęliśmy wspinać się na szczyt najwyższego wzgórza. Zauważyłem, że Jacek dźwiga przewieszony przez ramię bateryjny magnetofon.
- Po co to targasz? - zapytałem.
- Jeszcze nigdy nie słuchałem go w przyrodzie.
- Kogo?
- Cohena. Znasz go?
Skinąłem głową. Jacek przyjrzał mi się bacznie, jakby chciał sprawdzić, czy - nie daj Boże - nie kłamię i bez pośpiechu nacisnął klawisz. Był lepszy ode mnie, miał przegraną drugą płytę Cohena Songs From a Room, której jeszcze nie słyszałem. Zachowując absolutne milczenie dotarliśmy na szczyt wzgórza i usiedliśmy w głębokiej trawie. Pod nami, aż po horyzont, rozciągała się równina. Była zielonosrebrna, z lasów, łąk i jezior. Zapowiadał się niezwykły spektakl. Ja byłem widzem, a Jacek występował w roli reżysera.
W miarę jak czerwona kula słońca unosiła się coraz wyżej w bezchmurne niebo, Jacek powolutku poruszał gałką potencjometru i głos Cohena, głos Cohena wokół nas potężniał. W końcu nie było już żadnej różnicy pomiędzy tym głosem, słońcem, lasami a łąkami, a my czuliśmy się tak, jakby nas wcale nie było, choć przecież jednocześnie byliśmy i to bardzo.
Taśma się skończyła, ale Cohen, który był w nas jeszcze śpiewał, choć jakby ciszej. Powoli zaczęły do nas docierać także inne dźwięki: granie koników polnych, brzęczenie os, śpiew ptaków i dalej ryk krowy.
- Jacek - przerwałem milczenie. - Wiesz co to jest haiku?
- Nie wiem.
- To są takie stare wiersze japońskie związane z buddyzmem Zen. Chodzi o to, żeby w trzech zdaniach, a właściwie w trzech wierszach, uchwycić samą istotę rzeczy.
- No, na przykład?
- Zdjąłem kimono.
By łatwiej wędrować
Przerzuciłem przez ramię.
Jacek oderwał wzrok od słońca i spojrzał w moją stronę. Miał rozszerzone źrenice. Nie pomyliłem się. Patrzył długo w słońce i miał rozszerzone źrenice.
- Wiesz, ja się w tej chwili właśnie tak czuję - powiedział. - Jakbym zdjął.
- Skoro się tak czujesz, to spróbuj ułożyć swoje własne haiku.
- Co ty? - Jacek wzruszył ramionami. - Ja nie jestem Japończykiem.
- No wiesz, zachodni poeci też próbowali pisać haiku. Cohen nawet jedno opublikował.
- Naprawdę? - zainteresował się Jacek. - O czym?
- To się nazywa Letnie haiku dla Franka i Mary Scott. Posłuchaj...
Cisza
I głębsza cisza.
Gdy świerszcze wahają się.
W tym momencie nasza rozmowa nagle skończyła się tak samo, jak się zaczęła. Położyliśmy się na trawie i patrzyliśmy w niebo.
Było niezwykle przyjemnie i mój dobry nastrój mąciła tylko myśl o czekającym nas wieczorem koncercie. Jakoś nie byłem w stanie wyobrazić sobie, że za dziesięć godzin wejdę na scenę, żeby śpiewać o prosektorium, w którym najprzyjemniej jest nad ranem.
- Mam! - wrzasnął nagle Jacek.
Przestraszyłem się i aż podskoczyłem z wrażenia.
- Co masz?
- Haiku! - Jacek krztusił się od śmiechu. - Uważaj!
Zerwał się na równe nogi, wyciągnął ręce do słońca w patetycznym geście i wyrecytował:
- O wschodzie słońca
Osa
Usiadła mi na jajach!
Jest to moim zdaniem jedno z najlepszych haiku, jakie znam.
W jakiś czas potem Jacek przestał pisać swoje śmieszne piosenki i stał się autentycznym buddystą. Do dziś nie mogę odżałować, że wtedy niepotrzebnie zacząłem tę rozmowę, choć z drugiej strony wciąż jeszcze nie pozbyłem się nadziei, że jakieś kleyffowe piosenki są jeszcze przed nami.
|